14-letni Wiktor rzucił się pod metro. Matka chłopca przerwała milczenie. Historia wywołuje płacz i łzy

Autor Aleksandra Olbryt - 21 Września 2020
metroŹródło: metro warszawskie

Metro w Warszawie w kwietniu 2019 roku było miejscem akcji wyjątkowo smutnego wydarzenia. 14-letni Wiktor, transpłciowy nastolatek, rzucił się pod koła nadjeżdżającego pociągu na stacji Centrum. Od tragedii minęło prawie półtora roku. Matka chłopca, Justyna, w niezwykle poruszającym wywiadzie z Łukaszem Gęburą z "7 metrów pod ziemią" opowiada, dlaczego nie mamy prawa mówić osobom LGBT+, że są tylko ideologią. Wywiad, zdaniem setek tysięcy internautów, powinien być pokazywany w szkołach na godzinach wychowawczych. Musicie to zobaczyć.

Metro: tragedia z kwietnia 2019 roku odbija się dziś echem

Wiktor skoczył pod pociąg 17 kwietnia 2019 roku. Miał 14 lat i urodził się jako Wiktoria. Jego życie było pasmem wykluczenia i niezrozumienia ze strony rówieśników, rodziny, a nawet lekarzy. Do końca była przy nim tylko mama i jedna koleżanka, na którą zawsze mógł liczyć. Matka chłopca, Justyna, postanowiła po raz pierwszy od tragedii wystąpić publicznie i przyjęła zaproszenie Rafała Gębury do prowadzonego przez niego programu "7 metrów pod ziemią".

"Czuję wielki żal"

- 17 kwietnia zeszłego roku twoje nastoletnie dziecko wskoczyło pod koła pociągu. Wiktor z połamanym kręgosłupem, miednicą, żuchwą, przez dwa kolejne dni walczył o życie, ale niestety ta walka zakończyła się niepowodzeniem. (...) Jak ty to wszystko przeżyłaś? - zapytał publicysta. Matka Wiktora odpowiedziała, że przez dwa miesiące po śmierci swojego dziecka była pod wpływem działania leków - tak silnych, że dziś niewiele pamięta z tego okresu. Gębura przez cały wywiad był skruszony i szczerze zasmucony - jakby wziął na siebie cały ciężar odpowiedzialności społeczeństwa za akty prześladowania osób LGBT+. - Tak się kończy spychologia - szkoły nie widzą problemu, lekarze nie widzą problemu, rówieśnicy prześladują. To za dużo dla 14-latka - komentują internauci.

Pierwsze sygnały

Matka Wiktora opowiedziała o tym, że kiedy po raz pierwszy od szkolnego psychologa usłyszała, że jej dziecko ma myśli samobójcze, była w szoku. Widziała, jak Wiktoria (bo tak jeszcze wtedy ją postrzegała) się wycofuje, jak bardzo nie akceptują jej koledzy z klasy i szkoły. - Nazywali go "mangozjeb**", bo zamiast nagrywać i oglądać głupie filmiki, wolał rysować i czytać książki - opowiada o Wiktorze pani Justyna. Jej dziecko trafiło do dziecięcego szpitala psychiatrycznego w Józefowie. - Na ścianach nie było miejsca, żeby cokolwiek dopisać. Każdy centymetr tynku pokrywały wulgaryzmy, a nawet krew. Szafki były rozwalone, wystawały z nich gwoździe. Poprosiliśmy o zmianę pokoju, a wtedy pielęgniarka zaśmiała się i stwierdziła, że każdy pokój na oddziale wygląda dokładnie tak samo. Po czterech dniach Wiktor powiedział, że chce wyjść ze szpitala, że nie czuje się tam dobrze - tak pani Justyna zaczyna opowieść o swojej gehennie.

Przełomowy moment

- Lekarz zgodził się na wypisanie, jeszcze wtedy Wiktorii, ze szpitala. Stwierdził, że nie ma już myśli samobójczych. Było tuż przed zakończeniem roku szkolnego, Wiktor nie chodził już do szkoły. Wakacje przebiegły nawet spokojnie, pojechaliśmy nad morze - kontynuuje opowieść mama Wiktora. To wtedy jej dziecko poinformowało ją, że podjęło decyzję o zmianie płci. - Po raz pierwszy zakomunikował mi to, jak się czuje i poprosił mnie, czy mogę się do niego zwracać "Wiktor". Oczywiście od początku miał moje pełne wsparcie - deklaruje. Kobieta przyznała, że na początku wcale nie było jej trudno. Najgorszy moment przyszedł, kiedy w październiku Wiktor poprosił ją o wymianę całej garderoby, pozbycie się dziewczęcych ubrań i pozwolenie na ścięcie włosów oraz przefarbowanie ich na inny kolor. - Poczułam strach. Wiedziałam, że społeczeństwo i klasa na pewno nie zaakceptuje jego wyglądu - mówi matka.

Było tylko gorzej

- Wiktor wiedział, że w tym kraju nie jest łatwo być osobą transpłciową, mówił mi o tym otwarcie - przyznaje kobieta. Mówi też, że od początku była pełna podziwu dla siły i woli walki o własną tożsamość, jaką miał jej syn i której nie tracił nawet w obliczu braku akceptacji ze strony otoczenia. Wiktor jakiś czas później trafił do psychiatry. Ten, jak ze smutkiem opowiada matka, spojrzał na nich oboje z pobłażaniem i w karcie jako jedyną diagnozę wpisał, że Wiktor "woli dziewczynki". Przepisał też leki, które nie działały - myśli samobójcze zamiast odpuszczać, przybierały na sile.

Kolejny szpital

- W sylwestra Wiktor, siedząc w pokoju, podciął sobie żyły w nadgarstku. Pojechaliśmy na zszycie do szpitala na Saskiej Kępie. Stamtąd został przewieziony na Żwirki i Wigury, do szpitala psychiatrycznego. (...) Tym razem powiedziałam sobie, że nie mogę już zabrać dziecka wtedy, kiedy chcę. Liczyłam, że ktoś w końcu zdiagnozuje moje dziecko, że powie mi, co robić dalej - kontynuuje dramatyczną opowieść mama chłopca. Skarży się też, że nie miała nawet okazji porozmawiać z lekarzem, gdy codziennie po pracy odwiedzała syna w szpitalu. Pytała Wiktora, czy miał jakieś konsultacje, czy rozmawiał z psychoterapeutą. Odpowiedź brzmiała: nie. - Przez trzy tygodnie miał dwa razy rozmowę z doktor prowadzącą, po pięć minut. Pytanie brzmiało: "Jak się czujesz i czy masz jeszcze myśli samobójcze?" - żali się pani Justyna.

Leki nie działały, w szpitalu nie było miejsc

Lekarze odradzili mamie Wiktora przeniesienie go do innej szkoły. Argumentowali to ósmą klasą, testami, które czekały uczniów, twierdzili, że nie powinno się go narażać na jeszcze większy stres związany ze zmianą środowiska. Po dwóch tygodniach, 14 lutego Wiktor znów chciał popełnić samobójstwo. W szpitalu na Żwirkach nie było jednak miejsca. Wrócili więc z mamą do domu. W międzyczasie pani Justyna poprosiła o indywidualny tok nauczania dla dziecka. - Chyba w marcu Wiktor spóźnił się do domu, nie odbierał telefonu. Było już po 23. (...) Okazało się, że tego dnia Wiktor planował wskoczyć pod metro. Na szczęście Kacper (przyjaciel Wiktora, poznali się w szpitalu na Żwirki i Wigury - przyp. red.) nie dopuścił do tego. Powstrzymał go i odwiózł do domu - tu głos matki chłopca coraz bardziej się łamie.

Minęły dwa - trzy tygodnie

Po około trzech tygodniach pani Justyna dostała telefon, który mrozi krew w żyłach. Partner Agnieszki, mamy Kacpra, poinformował ją, że Wiktor przebywa na ich klatce schodowej z podciętym gardłem. Karetka była już w drodze. - Kolejne wołanie o pomoc, kolejna próba - mówi roztrzęsiona pani Justyna. Okazało się, że mimo skierowania Wiktor nie został przyjęty na oddział w Józefowie. Znów wrócili do domu. Gehenna matki trwała, a dziecko też cierpiało po cichu, co jakiś czas przypominając światu o swoim istnieniu. - Codziennie wykonywałam około czterdziestu telefonów do Wiktora. To wszystko w ciągu ośmiu godzin - mówi pani Justyna. Z jej relacji przebija żal, że przez tyle miesięcy odbijała się od drzwi różnych szpitali, a jej syn nie otrzymał pomocy.

Środa, 17 kwietnia

- Przed godziną 11 dostałam telefon od Agnieszki, że jadą na pogrzeb i że Wiktor napisał Kacprowi, że chce skądś skoczyć. Nie wiedziałam, co mam zrobić, zadzwoniłam na policję. Przyjechał do mnie patrol pod pracę, wziął rysopis i zdjęcie Wiktora, po czym poszedł komunikat na całą Warszawę, że szukają dziewczynki, która wygląda jak chłopiec. (...) Patrol podwiózł mnie pod metro Młociny i kazał jechać do centrum, bym tam szukała swojego dziecka - tak zaczyna się opowieść o dramatycznym końcu życia młodego chłopca.

"Wiedziałam, że moje dziecko skoczyło pod pociąg"

Policjanci pojechali na Stare Bielany, gdzie mieszkał Kacper, przyjaciel Wiktora. Pani Justyna wsiadając do metra czuła niepokój. Zobaczyła komunikat, że z powodu wypadku metro dojeżdża tylko do stacji Dworzec Gdański. - Wysiadłam na Starych Bielanach z nadzieją, że jeszcze mogę go tam spotkać. (Policjanci) powiedzieli, że dostali informację, że kobieta skoczyła pod metro na stacji Centrum. Nie pamiętam, co było dalej - mówi łamiącym się głosem matka zmarłego nastolatka.

Wiktor przeżył jeden dzień

Obrażenia były tak ciężkie, że lekarze w szpitalu na Szaserów nie dawali Wiktorowi szans. - Przez dwa dni leżał na OIOM-ie, cały czas siedziałam przy nim i na niego patrzyłam. Cały czas mam ten obraz przed oczami - mówi pani Justyna. Dzień później, około 1:30 w nocy matka chłopca odebrała telefon ze szpitala, że musi przyjechać. Wiedziała, co usłyszy. Dziś mówi, że nie pamięta, z kim rozmawiała, jak długo, co jej przekazano. Leki i olbrzymi cios spowodowały lukę w pamięci.

Czekamy na Wasze informacje

wawainfo.pl - to portal z informacjami o Warszawie, dodaj nas do ulubionych w przeglądarce. Masz ciekawy temat? Widzisz wypadek, pożar lub korek? - pisz na redakcja@wawainfo.pl lub daj nam znać na facebookowym profilu Wawa Info.| www.wawainfo.pl - wejdź po najważniejsze informacje ze stolicy.

Następny artykułNie przegap i subskrybuj nas na Google News:Obserwuj nas na Google News Google News